RSS
wtorek, 09 marca 2010
Wyjazd do Kijowa

W sobotę 27.02. ruszyliśmy w podróż w nieznane. Pobudka o 6, wyjechać nam się udało o 7:30. Przed nami około 800 km i przejście graniczne w Dorohucku. Wstępną nawigację zapewnił Słonik, najpierw opowiedział o trasie przez telefon, później przysłał sms’a z dokładną trasą. Golas, oczywiście również podał trasę, ale kartka na której była zapisana, zaginęła w ferworze pakowania. W Kijowie się znalazła, troszkę po czasie. Mieliśmy wytyczoną trasę, dobry nastrój i pełny bak. Do granicy dojechaliśmy dość szybko i bez przygód. Polskie przejście graniczne, również szybko przeszliśmy. W pasie ziemi niczyjej, pomiędzy Polską a Ukrainą, była już długa kolejka. Widząc jak raz po raz samochody wyjeżdżają z kolejki i tną prawym pasem do przodu, zdecydowałem się zrobić to samo. Okazało się, że ci wszyscy ludzie mieli swoich ziomków w kolejce z przodu, którzy ich wpuścili, nas nikt nie chciał wpuścić. 100 hrywien (ukraińska waluta) załatwiło sprawę, dzięki temu czas stania przed wjazdem na Ukrainę skrócił się o jakąś godzinę. Na granicy ukraińskiej, trochę formalności, opłata za kota, ale ogólnie miło. Przejście granicy z Polski na Ukrainę zajęło około 2,5 godz. Do przejechania zostało jakieś 500 km. Golas jeszcze przed swoim wyjazdem na Dominikanę zadzwonił do mnie i powiedział, żeby z granicy nie jechać prosto na Kijów, tylko na Łuck i dałej na Żytomierz. Mówił, że droga lepsza. Pierwszy odcinek drogi to totalna masakra, ale to była jeszcze droga na Kijów, bezpośrednio. Po kilkunastu kilometrach skręciliśmy na Łuck. Jakość drogi nie zmieniła się wcale, dziura na dziurze. Pomyślałem, że może za jakiś czas się coś zmieni, niestety nic się nie zmieniało. Droga powoli mijała, a Julia i ja coraz bardziej zastanawialiśmy się jak musi wyglądać ta gorsza droga. Czy w ogóle może być coś gorszego od tego po czym jedziemy? Tego nawet nie można nazwać drogą, no może raczej nie można nazwać jezdnią, bo drogą jednak jakąś jest. Dojedzie się z punktu A do B, ale bezpieczniej chyba konno, choć i tak strach jest, o nogi konia, co by sobie nie połamał. Dziury stały się głównym tematem rozmów i żartów. Zaczęło się wymyślanie haseł, jak np.: ,,Nie masz ekonomicznego uzasadnienia dla żony dlaczego chcesz zmienić zawieszenie, na nowe, lepsze - zabierz ją na wycieczkę na Ukrainę", albo ,,Dlaczego większość Ukraińców jeździ albo chce jeździć terenówką? To jedyne samochody, które nadają się do jazdy, po spłaceniu kredytu", lub ,,rozmawiając ze szwajcarem o serze i chcąc go zawstydzić, pokaż mu jak wyglądają drogi na Ukrainie". Było tego naprawdę dużo, nawet przemknął mam taki pomysł, żeby konkurs na najlepsze hasło w necie ogłosić. Zresztą, możecie podesłać swoje propozycje. Tak więc droga mimo około 500 km wydłużyła się do jakiś 800-900 km licząc czas jazdy ;-) . Ale przynajmniej było wesoło. Kot Maniek, znosił dzielnie trudy podróży, nie dając znaku swojej obecności, dziury te go chyba po prostu ululały. Zakomunikował tylko chęć siknięcia, drapiąc w transporter w którym podróżował i cicho piszcząc. Kuwetę mieliśmy przygotowaną, Maniek wskoczył raz, dwa i już znów siedział w transporterze, a my mogliśmy ruszyć dalej. W końcu przed Żytomierzem, jakieś 100 km, zaczęła się dobra droga. Mogłem przycisnąć pedał gazu. Przed sobą miałem zająca, więc jechałem jak on, jakieś 130 km/h. Było już ciemno, jadąc lewym pasem, zauważyłem samochód jadący z przeciwka chcący zawrócić, minąłem zawrotkę i spojrzałem w lusterko wsteczne, jakaś Łada zawróciła i żwawo włączyła się do ruchu. Ciąłem dalej 130 km/h. W miejscu zawrotki, a dokładniej troszkę przed, nie zauważyłem znaku ograniczenia prędkości do 50 km/h. Niestety nie zauważyłem również, że Łada tak żwawo włączająca się do ruchu, to milicyjny radiowóz, który po chwili nas dogonił, mrugnął kogutami i pokazał gdzie zjechać. Tłumaczenia, rozmowy, powrót na miejsce gdzie jest znak z ograniczeniem. Później to już rozkminka ile. Oni zaczeli że 680 hrywien mandatu i sądu w poniedziałek, ponieważ przekroczenie było ponad dwa razy. A ja zacząłem od 200 hrywien, 100hrywien = 40 pln. Oni że mało, a ja że jest ich dwóch i że łatwo się dzieli. Oni jednak nie odpuszczali, ja też. W końcu jeden z nich mówi żebym poszedł poszukać trzech stów i już, tak też zrobiłem i pojechaliśmy dalej, z wiedzą że przez kolejne 20 km nikogo nie ma i że po tych 20 km zaczyna się okręg żytomierski i tam już mogą być następni. Wcześniej jednak skończyła się ta dobra droga, w sumie dobrej było jakieś 50 no może 70 km. Znów dziury, dziury, dziury, ale jakoś dojechaliśmy. Zajęło nam to wszystko 15 godzin z czego 500 km jechaliśmy 10 godz. W Kijowie nie błądziliśmy, ponieważ Golas pożyczył nam swoją nawigację, więc do celu trafiliśmy bez pudła. Mieszkanko było całkiem spoko, rozładowaliśmy auto i spać. Rano Julia wstała i zaczęła sprzątać. Z właścicielką byliśmy umówieni na 10 rano. Przyszła i powiedziała że musimy sobie poszukać mieszkania. Szok, to po prostu był dla nas szok. Cóż robić, pakowanie auta i telefon do Iriny, żony Golasa, że się wbijemy do nich, Golasa nie było, był jeszcze na Dominikanie. W necie wyszukaliśmy kilka adresów mieszkań i zaczęliśmy jeździć, żeby je pooglądać. Trzecie przypadło nam do gustu i udało się je wynająć, mieszkamy już ponad tydzień i jest ok. Okolica spokojna, cicha, choć w centrum miasta. Problemem jest tylko parkowanie, ponieważ w okolicy są jakieś urzędy i rano jest mały armagedon. Ale radzimy sobie i z tym.
Kijów z tego co widzimy jest ładnym miastem, niestety dziurawym jak drogi prowadzące do niego. Natomiast nigdzie nie widziałem tylu Mercedesów G klasy, co tu w Kijowie. Ogólnie terenówki są tu bardzo popularne, ale chyba dlatego, że drogi są beznadziejne, nawet jak załatają dziurę, to łata wystaje 5 cm nad resztę nawierzchni. Co mnie jeszcze uderzyło? 99% aut ma tu ciemne szyby, czy to BMW serii 7 czy Mercedes klasy S co można zrozumieć, czy na przykład 30 letnia Łada 2103 tzw. Żyguli. Wszyscy tu kreują się na gangsta, tu jest taki styl. No i super tuning, ale to już znacie, Golas to opisał, choć jak zbiorę materiał w głowie i foto to coś i o tym skrobnę. Teraz już kończę i pozdrawiam Was.

Chochor i Julia

16:05, horrorchochor
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 29 września 2009
Piffffko

Poprosiłem dziś Szczecina o pomoc, jak zwykle nie było problemu. Co prawda nic nie załatwiliśmy, ale to jakby drugorzędna sprawa. Liczy się to że Szczecin, był pierwszy raz w IKEA na Targówku. Oczywiście tę wizytę uczciliśmy zakupami w sklepiku i hot dogami naturalnie. Pózniej , jadąc z powrotem do domu, obydwaj stwierdziliśmy że trzeba by się było wieczorkiem piwka napić. Znudzony już ofertą jakże typową dla griliiii, zakupiłem coś szczególnego, a mianowicie piwa niepasteryzowane. Dawno nie było czegoś takiego na rynku ogólnodostępnym. W końcu można coś takiego zanabyć, dla uciechy tych którzy lubią smak chmielowego trunku. Kasztelan, Lubuskie i Ciechan, to naprawdę zacne piwa, które zmieniają tę smutną scenę naszego browarnictwa znanego jako Kompania piwowarska czy coś podobnego w wycieczke w przeszłość. Po prostu pyszne, pozostawiające posmak chmielu na języku, naprawdę przypominające wieczory mazurskie z lat 80-tych. Coś pięknego, myśłałem że to już niemożliwe w tych czasach, a jednak.....
pozdro chochorbrowarekzestaw

10:26, horrorchochor
Link Komentarze (1) »
niedziela, 20 września 2009
kociarstwo

Minął dzionek na jedzeniu i piciu piwka. Siedząc ze Slonikami, rozkoszowaliśmy się Królewskim, później jakimś australijskim winem, a na koniec, ze Słonikiem rozpoczęliśmy tequile. Niedziela była super, niestety dobiegała końca. Słoniki już udali się w podróż do Jabłonki. Moja żona Julia zaczęła przeglądać stronki z kociakami do oddania i się zaczęło. Ten tygrysek, ten słodziak, a to znowu inny cudowny. Gdyby mogła wzięła by wszystkie. Nie mam nic przeciwko kotom, chyba że jak w Egipcie kradną mi z talerza krewetki czy kurczaka, wtedy wyrok śmierci, ale poza tym spoko. Teraz mnie zadręcza pytaniami czy kupię, czy możemy wziąć, czy ....Jeszcze nie wiemy czy właściciele mieszkania się zgodzą na  kota w ich mieszkaniu, a Julia już warjuje. Dobrze że Słoniki wpadli to się troszke odbiłem od realiów i jakby jestem obok tego tematu kociowego...

A w poniedziałek koleiny tydzień się zaczyna.... 

20:42, horrorchochor
Link Komentarze (2) »
wtorek, 18 sierpnia 2009
Lost and never found

Cały plan wyjazdu zrodził się na początku czerwca. Siedząc w necie szukaliśmy jakiś tanich biletów lotniczych nieważne dokąd, byle tanio. Pomysłów było wiele, ale niestety ceny nie zachęcały. W końcu znaleźliśmy, lot z Warszawy do Palermo na Sycylii. Wizja wyjazdu była bardzo kusząca, więc kliknęliśmy i poszło. Bilet w obie strony za 650 pln od osoby, super oferta promocyjna. Znaleźliśmy również kwaterę, cena była bardzo przyzwoita 560 euro za 11 dni za apartament czteroosobowy, dwie sypialnie, jadalnia, kuchnia i łazienka. Apartament znajduje się w centrum Palermo, co też nas cieszyło z racji na dogodność komunikacyjną. Wszystko się zaczęło klarować. Nastroje z każdym dniem rosły, nie mogliśmy się doczekać wyjazdu. W końcu nadszedł czas wyjazdu, a co za tym idzie pakowanie się. Jak zwykle, ja, mając 11 dni pobytu, spakowałem po jedenaście sztuk tego co potrzebne, czyli bokserki i koszulki, dwie sztuki szortów, jedne długie spodnie i koszulę. Jeden zestaw ciepłych ciuchów na wyprawę na Etnę, jakieś kosmetyki i już. Julia dołożyła mi jeszcze 3 sztuki szortów, kolejne 20 koszulek i jakieś pierdoły. W niedziele rano pobudka, pakowanie się do Toyoty Dominika i wio na lotnisko. Tydzień wcześniej byliśmy na górce koło lotniska popatrzeć sobie na starty i lądowania tych wielkich i tych malutkich maszyn. Nasz lot wyleciał o czasie, co nas ucieszyło, mając przed sobą wizję przesiadki w Mediolanie, jak również to, że lecimy Alitalią, która nie cieszy się dobrą sławą. Na lotnisku spotkaliśmy się z Anią i Pawłem, wczekowaliśmy bagaże, oczywiście każda walizka ponad 20 kg, i ruszyliśmy zaatakować bezcłówkę. Niestety, lecimy wewnątrz UE, więc ceny niby normalne, ale tak naprawdę trochę wyższe, niż na mieście. Dokonaliśmy zakupów niezbędnych napojów i słodyczy i przenieśliśmy się do poczekalni przy rękawie. Lot był o czasie, start także, byliśmy dobrej myśli. Nie będzie problemu z przesiadką, mamy w końcu godzinę. Jednak wcześniejsze informacje, zebrane w necie nie dawały nam spokoju. Czy leniwi Włosi zdążą przepakować nasze bagaże? Wylądowaliśmy o czasie, a Mediolan przywitał nas słońcem i upałem. Na lotnisku Mediolan Linate szybko przemieściliśmy się do właściwego gate’u i czekaliśmy na rozpoczęcie bookingu. Wyglądało, że tu również wszystko jest o czasie, niestety już w samolocie stewardesa poinformowała że musimy poczekać około 20 minut, bo coś tam się stało, ale nic poważnego. Z około godzinnym opóźnieniem wystartowaliśmy i już wiedzieliśmy że nie zdążymy na ostatni pociąg z lotniska do centrum Palermo. Ale co tam, damy jakoś radę, w końcu jedziemy na wakacje i nie ma się co przejmować takimi drobiazgami. Po godzinnym locie wylądowaliśmy na lotnisku Palermo Punta Raisi, a po kolejnych 25 minutach staliśmy już przy taśmie, czekając na bagaże. Stojąc tak, kątem oka widzieliśmy kolejkę ludzi stojących do biura Lost And Found, my jednak ciągle mieliśmy nadziej, że nas to nie spotka. Rozległ się dzwonek, a kogut swoim pomarańczowym światłem obwieścił wszystkim czekającym, że bagaże już za chwilkę się pojawią na taśmie. Będą, nie będą, będą, nie będą. Niestety nie było i jak tamci stanęliśmy do kolejki wraz z innymi ośmioma osobami z naszego lotu. Wszyscy mieliśmy transfer na terenie Włoch. Zgłosiliśmy zgubę, a nie była to jedna walizka, tylko nasze wszystkie, cztery (!!!) walizki. Pan zapytał słabą angielszczyzną, choć jako jeden z nielicznych w ogóle się nią posługiwał, czy zgubili nam cztery walizki? Odpowiedzieliśmy że tak, zapytał czy to były nasze wszystkie bagaże wczekowane do samolotu? Znów odpowiedzieliśmy że tak, a pan na to: VERY WELL. To już nas totalnie osłabiło, lecz cóż było robić?  Stwierdziliśmy z Pawłem, że zostaniemy na lotnisku, ponieważ za 45 minut miał lądować kolejny samolot z Mediolan Linate, a Dziewczyny wysłaliśmy do miasta, żeby odebrały od Francesci klucze do apartamentu. Niestety, tym lotem nasze bagaże też nie dotarły, ale jak zauważyliśmy z Pawłem dotarły tu bagaże, których nikt nie odebrał, ponieważ miały lecieć zupełnie gdzie indziej. Co tylko zresztą nas utwierdziło,  że Włosi mają mega burdel na lotniskach i nie radzą sobie z transferem bagażu, nie mówiąc o kompetencji pracowników. Kolejną rzeczą, pokazującą jaki burdel tam panuje jest fakt, że na lotniskowych zegarach były rożne godziny, na jednym dwustronnym, z jednej strony była 21:04 a z drugiej 21:18, masakra. Po 23 dotarliśmy z Pawłem do apartamentu, oczywiście bez walizek, na których powrót tak liczyły nasze Panie. Mieliśmy jednak gorzką żołądkową i tym trunkiem się pocieszyliśmy. Francesca zostawiła nam ręczniki i żele pod prysznic więc mogliśmy zmyć z siebie trudy podróży jak również tą gorzką… Następnego dnia czekała na nas kolejna przeprawa z nie kompetencją i brakiem informacji. Poranek był bardzo wesoły, nie mieliśmy nic, dobrze że w pobliżu znajduje się bazarek, na którym kupiliśmy szczoteczki do zębów, pastę i kilka innych drobiazgów. Ciągle licząc na powrót bagaży, siedzieliśmy i z mapą w rękach i przewodnikiem, snuliśmy plany naszych wycieczek. Kilkanaście telefonów do lost and found, do konsulatu RP, do Alitalii, wszystko na nic. Albo mają sjestę i nie odbierają telefonów, albo nikt nie mówi po angielsku, gdy słyszą, że ktoś mówi po angielsku odkładają słuchawkę. Francesca też zaoferowała pomoc, jej męża pracownika narzeczona pracuje na lotnisku i po rozmowie powiedziała, że postara się zlokalizować nasz bagaż. Konsul także się zaangażował. Wieczorem tak na wszelki wypadek pojechaliśmy cała czwórką na lotnisko, sprawdzić czy może się pojawiły nasze walizeczki. Oczywiście się nie pojawiły, ale za to za 44 euro posiedzieliśmy sobie na lotnisku z widokiem na morze. Niezapomniane przeżycie, ale nie polecam, szkoda czasu. Wróciliśmy na kwaterę, w której czekały na nas 4 butelki czerwonego sycylijskiego wina i butelka Limoncello. Winko bardzo dobre już od trzech euro, rocznikowe, nie tam jakieś stołowe, a Limoncello to taki włoski słodki wynalazek, bardzo dobry jeśli schłodzony i podany pół na pół z tonikiem. Zrobiliśmy kolację i na pięknym tarasie z widokiem na stare Palermo zrobiliśmy imprezę. Pogoda była niezmienna, słońce i upał, ranek minął szybko, ogarnięcie się i śniadanko, i wyruszyliśmy na zakupy, w końcu ile można chodzić w tych samych rzeczach, choć co wieczór pranych. Kupiliśmy sobie ciuchy i resztę dnia, nie martwiąc się już o bagaże spędziliśmy na pięknej drogiej plaży 20 euro od osoby, niestety nie było innej możliwości, jeśli chciało się mieć parasol. Wieczorem znów kolacja na tarasie i Limoncello, bardzo miło. W końcu po trzech dniach dostaliśmy info od Francesci, że są nasze bagaże. Powiedziała jednak, że jeśli chcemy mieć pewność że się gdzieś w drodze z lotniska do miasta nie zawieruszą, powinniśmy odebrać je osobiście. To zresztą, też sugeruje że, nawet włosi zdają sobie sprawę, że jest tam niezły burdel, oczywiście niestety tylko nieliczni włosi. Wsiedliśmy więc z Pawłem do pociągu jadącego na lotnisko Punta Raisi, zadowoleni z wiadomości. Radość została troszkę zachwiana smsem od Julii, w którym napisała że dzwonił konsul z informacją, że znalazła się jedna walizka. Jasne było dla mnie również to, że Julia zadzwoniła do lost and found i oni potwierdzili jej że tak, że znaleźli, ale tylko jedną. Nie traciłem jednak nadziei, w końcu info od Francesci pochodziło prosto z lotniska, a pracująca tam dziewczyna miała wszystkie informacje o naszym bagażu, a w końcu powiedziała że jest. Na lotnisku okazało się, że był, wraz może z trzydziestoma innymi walizkami, które czekały na odbiór. Humory się od razu poprawiły, nareszcie zaczęły się wakacje. Tak więc tytuł jest trochę przesadzony, przynajmniej w naszym wypadku, choć myślę że w wielu przypadkach jest całkiem prawdziwy. Wnioski: jeśli nie musicie to nie latajcie Alitalią ani Air One, jeśli macie przesiadkę we Włoszech, to postarajcie się tak spakować, żeby wszystko weszło do bagażu podręcznego, wtedy niczego nie zgubią, chociaż nie ma pewności ;-)

Nie polecamy też mieszkania w starej części Palermo, ponieważ jest tam bardzo duży ruch, nie ma chodników lub są bardzo wąskie, a wariaci na skuterach dopełniają negatywnego wrażenia. No i duzo śmieci.....

pozdrawiam, Chochor

15:11, horrorchochor
Link Komentarze (1) »
czwartek, 18 czerwca 2009
Drugie Bialoruskie spotkanie...

No i stalo sie. Slub odbyl sie w bardzo milej atmosferze, ilosc gosci wrecz zaszokowala urzednika, a nie bylo wszystkich
zaproszonych. Niedziela minela szybko, sniadanie, pakowanie sie i takie tam. W poniedzialek pobudka wczesnie rano,
i znow krzatanina, sniadanie i pakowanie auta. Wyjechalismy o 7:20, ale droga do granicy zajela nam i tak 4 godziny,
wszechobecne korki pokrzyzowaly nam plany. Na granice dotarlismy jak juz pisalem po 4 godzinach, bylismy zalamani.
Zalamani wizja spedzenia przynajmniej godziny na jakis bezsensownych kontrolach, w koncu wygladamy jak rasowi
przemytnicy. Zostalismy jednak mile zaskoczeni, gdy okazalo sie ze granice przejechalismy, no w jakies 25 minut.
Dalsza droga to juz przyjemnosc. Drogi po drugiej stronie granicy sa bardzo dobre i na dodatek nie ma na nich zbyt duzego
ruchu. Wieczorem kolacja w domu Julii i spac. Niestety, we wtorek sie zaczelo. Zamiana paszportu
okazala sie duzym wyzwaniem. Naczelniczka stwierdzila, ze tlumaczenie aktu slubu przez polskiego tlumacza przysieglego jest
niewazne, a do tego wszystkiego jego pieczatki sie jej nie podobaly. Kilka godzin pozniej, gdy ja sie meldowalem na tym samym
posterunku milicji, Julia sprobowala raz jeszcze z nia ogarnac temat wymiany paszportu i juz bylo prawie ok, a jak wszyscy
wiemy, prawie jest daleko od ok,Julia byla zadowolona z postepu sprawy. Naczelniczka zgodzila sie na posiadane przez nas
tlumaczenie dokumentow, ale pod warunkiem ze bialoruski notariusz je potwierdzi. Ona, oczywiscie, wiedziala, ze ow notariusz
tego nie zrobi, poniewaz tutaj kazdy tlumacz ma przypisanego notariusza, a tego naszego, oczywiscie, nikt tu nie zna. Tak wiec
w srode ruszylismy do Minska, jakies 230 km od Nowopolocka w jedna strone. Do godziy 15 mielismy pely sukces. Odbior
paszportu w piatek po 11:00. Niestety, Julia musi zmienic rowniez prawo jazdy i tu zaczela sie prawdziwa masakra. Okazuje sie,
ze na Bialorusi badania lekarskie trzeba przejsc co 5 lat. Moze to i sluszna koncepcja, ale jak zobaczylem do jakich lekarzy
trzeba pojsc, to sie za glowe zalpalem i stwierdzilem ze chyba Julia bedzie leciec w kosmos, a nie odnawiac prawo jazdy.
Pokrotce powiem, ze: szczepionki, EKG, ginekolog???!!!, wazenie i mierzenie, przeswietlenie klatki piersiowej, chirurg, itd.
A my mamy malo czasu. Pani z rejestracji jednak okazala sie pomocna i czesc tematow ogarnela. Jutro po odebraniu paszportu
jedziemy odebrac prawko. Naprawde to jakas masakra. Widok, natomiast, przychodni to jak powrot do przeszlosci, minimum 20 lat
wstecz. Przypomnialy mi sie czasy, kiedy sam chodzilem do pediatry po zwolnienie ze szkoly. Niezlym widokiem byly tez panie
w czepkach na glowie, jak z rosyjskich filmow o szpitalu, taki tekturowy bialy walec na glowie - skojarzenie jedno - kucharka,
a nie pielegniarka. To tyle o biurokracji i standardach.
Jest jeszcze feszyn, jest wiosna, temperatury przekraczajace 21 stopni celcjusza, a laski tylko zolty i turkus. Ludzie,
mowie wam, ze te dwa kolory beda obowiazywac w tym sezonie we wszystkich trendach i u wszystkich projektantow mody na swiecie. Turkus z zoltym rzadzi...
Musze wspomniec, oczywiscie, o szpilkach, licza sie tylko biale , srebrne i zlote. Ewentualnie, zolte lub turkusowe.
Tym milym akcetem zegnam wszystkich i pozdro z Nowopolocka, miasta na polnocny wschod od Warszawy.

chochor

19:35, horrorchochor
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 04 czerwca 2009
Zmiany, zmiany, zmiany

Wiele sie ostatnio pozmienialo, i to nie tylko u mnie ale i u innych moich przyjaciol. Techdive zaklada nowe podstawowe komorki spoleczne. Ula juz wyszla za maz w USA, szczesliwcem jest Graham, ja juz pojutrze o tej porze bede mezem Julii, a Golasek za kilka tygodni bedzie mezem Iriny. Tak wiec trzy zupelnie nowe komorki spoleczne beda funkcjonowaly w techdive. Zmiany , zmiany, zmiany. Rozmawialem z Ulka i z tych zmian jest bardzo zadowolona(szczesliwa), ja rowniez jestem, Golass jak z nim gadalem to byl:-) i mysle ze sie nic nie zmienilo. Bedzie swietnie. a w poniedzialek start drugiej wizyty na bialorusi, zobacze wtedy biurokratyczny labirynt od wewnatrz-Julia bedzie wymieniac dokumenty. Sproboje to oczywiscie opisac, jesli tylko bedzie co:-)

pozdro chochor

21:22, horrorchochor
Link Komentarze (1) »
wtorek, 05 maja 2009
Pierwsza wizyta na Białorusi....

Nadszedł czas wyjazdu na nasze wschodnie rubieże, ale jak to bywa ze wschodnia strona łatwo nie było. Na początku była oczywiście ambasada. A tam, no cóż, wszystko kosztuje i to w twardej walucie, wielokrotność pięciu, ale nie mniej niż dwadzieścia pięć. A na dodatek ubezpieczeniem jedynym honorowanym tam jest ubezpieczenie firmy białoruskiej. Jakoś przebrnęliśmy przez gąszcz biurokratyczny i odebraliśmy moją wizę po tygodniu. Jako że jedziemy za wschodnią granicę, wzięliśmy tłumaczenia wszystkich możliwych dokumentów, które mogą być potrzebne na granicy lub przy kontroli drogowej. Co by uprzedzić pytania, tłumaczenia były od tłumacza przysięgłego i poświadczone notarialnie. Wszystko było zapięte na ostatni guzik, więc zadzwoniłem do przyjaciela Zbycha z informacją, że się u nich pojawimy, jak było zresztą umówione. Jak to bywa w takich przypadkach, małe przeciwności losu nas nie opuszczały. Przejazd od ulicy Kajki do wiaduktu przed Wesołą zajął nam ponad godzinę, ponieważ był wypadek, nie wspominając, że był to piątek i cała "warszawa" wracała na weekend do domu. W Siedlcach u naszych przyjaciół jak zwykle wspaniała atmosfera i pyszne żeberka w knajpce Brama, którą gorąco polecam wielbicielom żeberek. Aura tego dnia nas nie rozpieszczała, więc rano po śniadanku trzeba było odkopać auto spod śnieżnej zaspy, żeby moc ruszyć dalej. Dorota wyposażyła nas w kanapki, napitki, pomachała i ruszyliśmy. Nie ujechaliśmy 20 km, jak zaczęło sypać śniegiem, płatkami wielkości łyżki do zupy. Widoczność spadła drastycznie, a tempo jazdy razem z nią. Doczłapaliśmy sie jakoś do granicy i miło nas zaskoczył fakt, że jest pusto. Polską stronę przejechaliśmy szybciutko, ale na białoruskiej się zaczęło. Totalny chaos, nikt nie wie po co stoimy, co mamy robić , czy podjechać na zielona czy na czerwona strefę. W końcu łaskawca pogranicznik podszedł i spytał po co my tu stoimy?????? Nie wiemy, ale stoimy. Zaczął wypytywać czy mamy jakieś towary do oclenia, powiedzieliśmy ze nie, ale okazało się, że monitor LCD musi być oclony. Skierowano nas na czerwoną strefę. Tutaj znów, nikt nic nie wie, czeski film, a raczej białoruski. Znów jakiś pogranicznik w końcu podpowiedział co trzeba zrobić. Julia zaczęła biegać od okienka do okienka, ale nikt nie wiedział jaką przekątna ma monitor. W specyfikacji nie było, więc celnik kazał otworzyć karton i wyjąć instrukcję. Tak uczyniłem i okazało się, że nigdzie nie ma jakiej przekątnej ów monitor jest. Oczywiście, wiedziałem ze jest to 22 cale o czym mówił symbol modelu 2209, ale po co mam wybiegać przed szereg.... Więc tak patrzyli po sobie i na monitor, aż w końcu przyszedł starszy, spojrzał i powiedział 16 cali. Uśmiałem się przednie, wiedząc jak on to wydedukował, ano tak że monitor miał rozdzielczość 1650x1080, albo jakoś tak. Ale na pewno pierwsza liczba byla liczba 16 , a na szybie monitora była folia z oznaczeniem rozdzielczości, którą pan celnik zobaczył. Sytuacja została opanowana, więc Julia mogła pójść opłacić cło. Hmm...,- mówi celniczka w okienku kasowym, nie mamy w spisie takiej przekątnej monitora, - jest 15, 17, ale nie 16 cali. Julia jakoś ją przekonała, żeby skasowała nas za 15 cali i już. Przychyliła się, ale okazało się, że to 55 euro, za 17 cali - 85 euro, nie chcę wiedzieć nawet ile mogłoby być za 22 cale. Znów jednak się uśmieliśmy, znów były wielokrotności pięciu przy opłatach. Minęła godzina na tych wszystkich dziwnych ruchach, ale się udało przejechać w godzinę, a nie po dwóch dniach. Później szło juz jak po maśle, drogi super, szerokie równe i bez dziur, a oplata za całą autostradę  3 euro. Około 17 dojechaliśmy do Mińska. Plan był taki, żeby przenocować u przyjaciółki Juli tez zresztą Julii. Podjechaliśmy po klucze od mieszkania do niej pod prace, dziewczyny chwilkę pogadały i śmignęliśmy na kwaterę. Po wyjściu na klatkę przeżyłem szok, nie jestem strachliwy i zresztą widok mnie nie przestraszył tylko przeraził. Zapytałem Julię czy jesteśmy w jakiej murzyńskiej dzielnicy Nowego Yorku, w jakiś slumsach? Masakra, ściany klatki pomalowane farbą olejną w kolorze ciemnego brudnego fioletu, mocno przytłaczające, wszystkie skrzynki na listy pootwierane, popodpalane i pogięte, szyby powybijane. Ale nic to, nie ma o czym mówić, ogólnie wesoło. Winda trochę jak z szuflandii, cztery osoby i juz tłok, no i jak to w windach czasem potrzeby fizjologiczne załatwiane. Cóż, tak bywa. Dziewiąte piętro, wysiadamy, od razu zauważam brak szyby w oknie, idziemy korytarzem, a tam pełno rupieci, starych okien i innych gratów. Julia zaczyna otwierać drzwi, ale coś zamki nie chcą nas wpuścić. Pytam więc czy to może jednak nie te drzwi, oczywiście z wyrzutem mówi mi, że na pewno te, ale po chwili sama traci pewność siebie i otwiera następne. Dobrze, że nikogo nie było za tymi, które próbowaliśmy otworzyć. Cala reszta w Misńku to sama przyjemność: ludzie, jedzenie, okolica, po prostu rewelacja. Rano z lekkim bólem głowy wstaliśmy i ruszyliśmy dalej. Zostało nam jeszcze około 250 km super drogi,  więc można jechać. Julia wpadła na genialny pomysł, żeby odwiedzić Hatyń. Obecnie mauzoleum, kiedyś wioska spalona przez niemców podczas Drugiej Wojny Światowej. Kilka ogromnych monumentów upamiętniających ofiary wojny, kilkanaście betonowych prostokątów z jakimś slupem w środku i dźwięk dzwonu co 20 sekund(!). Podeszliśmy bliżej, zaczęliśmy się zastanawiać, co artysta miał zamiar przekazać ludziom, odwiedzającym to miejsce. Po chwili wiedzieliśmy. Betonowe prostokąty to fundamenty domów, a 3-4- metrowe słupy - to kominy tych że domów, spalone przez niemców. Są tam jeszcze furtki, od obejścia, otwarte, zapraszające przyjezdnych i ten dźwięk dzwonu co 20 sekund. Wrażenie ogromne, aż się człowiekowi robi ciężko. Okazało się jeszcze, że te betonowe prostokąty, symbolizujące fundamenty domów, są dokładnie w miejscu, w którym stał spalony dom, a na kominach są tabliczki z nazwiskami ludzi w nich mieszkających. Słupy spełniały też funkcję dzwonnic, więc skoro domów było, myślę, około 30, tyle samo było dzwonów. Po tym duchowym niesamowitym przeżyciu, czekała na nas droga, biała zaśnieżona - droga do Nowopołocka. Nie pamiętam, o której dojechaliśmy na miejsce, zresztą nie jest to istotne. W banku dokonaliśmy wymiany waluty euro na ruble białoruskie i wtedy już po wyjściu z banku zaskoczył mnie widok, a był nim widok dziewczyn, chodzących w białych kozakach. Naprawdę, tam białe kozaczki to mega wypas, chyba, ale myślę, że przynajmniej 50% populacji kobiet śmiga w takich. Julia zaczęła się zastanawiać, skąd te dziewczyny czerpią wzorce i nie chodziło tu tylko o białe kozaczki.Przywitanie z mama Julii bardzo ciepłe i miłe. Obiad taki, że najchętniej bym się przespał od razu po wstaniu od stołu, a zresztą, po co wstawać skoro człowiek ledwo się rusza.Resztę dni spędziliśmy na odwiedzaniu znajomych, imprezach i zapoznawaniu rodziny, co niestety nie obyło sie bez uszczerbku na zdrowiu wątroby.Bardzo miło wspominam ten wyjazd, wiem, że niedługo tam znów zagościmy, ale juz jako małżeństwo.

Pozdrawiam,Chochor 

13:56, horrorchochor
Link Komentarze (1) »
niedziela, 15 marca 2009
Extremalna noc
W czwartek 4.03.2009r. w Kinotece warszawskiej mialo miejsce niecodzienne wydazenie, odbyla sie extremalna noc nurkowa. Wyswietlono wiele bardzo intersujacych filmow, atmosfera byla goraca, a "oliwy do ognia " dostarczal warszawski klub "szlafrok". Mimo wielu obaw organizatorow, impreza ta przyciagnela ogromna rzesze milosnikow nurkowania i zakonczyla sie sukcesem :-) . Wszyscy doskonale sie bawili do poznych godzin nocnych. Szkoda tylko ze tak malo jest imprez tego typu, ktore  moglyby, konsolidowac srodowisko nurkowe. Mam nadzieje ze za rok znow sie zakreci nam wszystkim w glowach na 360 stopni.
 pozdrawiam chochor
19:13, horrorchochor
Link Dodaj komentarz »
środa, 04 marca 2009
Czekanie

Siedze sobie w bazie, jak codzien, siedze tak i rozmawiam z moja Ukochana. Siedze, slucham kawalka Sleep, czekam na koniec dnia, czekam na transfer na lotnisko. Minely dwa tygodnie w Dahab, intensywne tygodnie. Kurs adv tmx w pierwszym , w drugim juz spokojniej, rekreacja i kurs nitox. Wszystko przebieglo bez zadnych problemow,nie liczac tych faraonowych. Przydazyly sie jakies niestrawnosci, ale tak to juz jest w Egipcie. Jutro juz nie bede musial rozmawiac przez skypa, w koncu ja zobacze. Bede mogl znow sie rozkoszowac jej obecnoscia. Wiec siedze i czekam, a takie czekanie jest wykanczajace, mowie Wam. Minuty plyna, czas jest niezmienny, ale wydaje sie ze ciagnie sie w nieskonczonosc. Ale spokojnie, jeszcze kilkanascie godzin i juz, wezme Ja w ramiona. Siedze i pisze, rozmawiam z ludzmi, slucham muzyki, a i tak wszystko kreci sie wokol niej i jest zajebiscie.

do zobaczenia i pozdrowienia z Dahab, malej dziury na pustyni.

chochor

 

16:36, horrorchochor
Link Komentarze (1) »
Pierwsza setka

to jest tekst napisany przez Olgierda Sawe znanego jako Olo

 

To była baardzo krótka minuta, na tyle krótka, że jedynym sposobem na jej
powtórzenie było zamówienie u Samatiego w Planecie identycznych gazów na
kolejny dzień, co skwapliwie uczyniliśmy. W poniedziałek w supporcie Cegła
na 80 m i Włodek na 20 z drogocennym tlenem i pięćdziesiątką. Im się do wody
nie spieszyło, więc z Chochorem wskoczyliśmy pierwsi przyjmując po 3 stage
od Fauziego. Krótka przebieszka po powierzchni na lądowisko i po kilku okej
zjazd w dół. Chochor jak zwykle na zimno, ja z emocji zapomniałem odkręcić
travela, co oddaliło mnie od mistrza o kilkanaście metrów. Później naprawdę
szybko do 50 metrów, gdzie przepięliśmy się na gaz denny i znów 60, 70, 80,
90 i wreszcie na moim budziku pojawiła się magiczna cyfra 98,2. Chochor coś
do mnie wołał z dołu, ale pomny jego powierzchniowej przestrogi -
"przelecisz pakę, nie zaliczysz" nie dałem się ruszyć z miejsca. Dopiero we
wtorek nie dałem się długo prosić i zegarek wskazał 99 metrów 60
centymetrów. Arch z samego dołu monumentalny/patetyczny, intro ze Straussa
"Tako rzecze Zaratrustra" natychmiast pojawiło się w głowie. Jak się
pojawiło tak zniknęło, bo mój ulubiony dahabski przewodnik podniósł kciuki do
góry i zaczęliśmy startować do powierzchni. Jeden deep stop bodajże na 64 m
i znowu przepięcie na travel na 50 m. Potem przez 5 minut otwieraliśmy
okienko tlenowe na 21 metrach i jak Chochor uznał, że jest otwarte na tyle
byśmy mogli schodkowo rozpocząć dekompresję ruszyliśmy w górę. Na 6 metrach
tlen i zaczęło się robić zimnawo. Na szczęście tylko do 70 minuty, kiedy
spokojnie wynurzyliśmy się przy drewnianym pomoście. Jak się wynurzyliśmy,
zaatakowałem Chochora bez zastanowienia - "To może jutro jeszcze raz?".

16:07, horrorchochor
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4